Poniżej dwie świeżutkie recenzje
Wypisz, wymaluj – subiektywnie o komiksach
Gdyby Ottoichart pracował na statku (choćby kosmicznym. Sprawdzić, czy nie tankowiec), to nie mam najmniejszych wątpliwości, że byłby jego kapitanem. Skąd to wiem? Nie raz widziałem przecież w klasowych serialach produkcji amerykańskiej (jak w niemalże dokumentalnym “Statku miłości”), że kapitan jest jedyną osobą na pokładzie, która może udzielać ślubów, a ja niewiele znam w Komiksowie osób, które są w stanie pożenić ze sobą pozornie kompletnie sprzeczne elementy, jak Ottoich właśnie. Dobra, z tym “Statkiem miłości” i uprawnieniami kapitana do przeprowadzenia wspomnianej wyżej ceremonii (przynajmniej zgodnie z polskim prawem – sprawdziłem), to trochę sobie żartuję, co się jednak tyczy drugiej części poprzedniego zdania, to tu już pełna powaga.
Bo, Panie i Panowie, weźmy na tapet na przykład taką “Łaźnię” – zaczynamy od wątków pozaziemskich, dorzucamy do tego zaraz knowania wielkich korporacji, mikroczipy, ‘emo sapiens’, dywagacje na temat emocji i myśli oraz Rafała (wzorowanego na Rafale Ohme – confirmed), z czasem dokładamy metafizykę, dżina, tajemniczą Łaźnię, a na koniec wpierniczamy jeszcze do środka bardzo, bardzo, bardzo specyficzne superhero. Bez sensu, nie? A wręcz przeciwnie – biorąc pod uwagę, jak mało punktów stycznych zdają się mieć ze sobą wymienione właśnie wątki, ta fabularna mozaika Ottoicha ma go zaskakująco dużo. Skutki uboczne? Przynajmniej jeden i jest nim fakt, iż podążanie przez “Łaźnię” nie jest jednak lekturą łatwą, na dwie minutki, do śniadania w Maku – owszem, jest przyjemna, angażująca i zdecydowanie wynagradza spędzony przy niej czas, ale jest przy tym niespecjalnie łatwa.
“Łaźnia” jest utworem wymagającym choćby pod względem narracyjnym. Akcja może i biegnie w komiksie Ottoicha linearnie, ale robi to na różnych płaszczyznach czasowych i dzieje się w różnych miejscach. Skaczemy zatem pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością, od szpitala, do Morza Północnego, do miasta czy wreszcie Łaźni, a ponieważ robimy to dość często (epizody mogą mieć już po cztery plansze), to nadążanie za wszystkim, co się dzieje, domaga się mimo wszystko skupienia. Nie zrozumcie mnie źle – nie musicie tej powieści graficznej czytać po czterech kawach i w absolutnej ciszy, ale z drugiej strony, nie jest to na pewno, żeby daleko nie szukać, “Hush”, gdzie w połowie możecie się zdrzemnąć, a i tak zrozumiecie, co dzieje się w scenie finałowej. W przypadku “Łaźni” to się nie sprawdzi. Kolejne elementy są ze sobą ściśle połączone, jak puzzle, a jednocześnie tak nieoczywiste, że bez świadomego śledzenia historii ciężko je będzie w oderwaniu do czegokolwiek przypisać – Ottoich wprawnie plecie pajęczynę wątków, przeskakując pomysłowo z jednego, do drugiego i spajając je wszystkie ze sobą w zaskakująco konkretny, przemyślany sposób.
Poszatkowana struktura opowieści czy nie, komiksom Ottoicha, z całą ich, nazwijmy to, interdyscyplinarnością i przenikaniem się nauki i duchowości, warto poświęcić więcej czasu i uwagi interpretacyjnej w ogóle, zwłaszcza, że na interpretację są one wyjątkowo otwarte. “Łaźnia” nie jest pod tym względem wyjątkiem. Czy to, że mikroczip przypomina kształtem skarabeusza to tylko moja fanaberia, czy faktycznie coś jest na rzeczy? Czy jeżeli w islamie dżiny stanowią jedną z trzech kategorii rozumnych istot stworzonych przez Boga, to w całej tej układance aniołami są przybysze z kosmosu [1]? Czy emocje mają związek z działaniem Łaźni i wpływają na osiągane w niej rezultaty? Na te pytania odpowiedzi tu nie znajdziecie – być może pojawią się one w tomie drugim – ale wymyślona przez Ottoicha historia nie dość, że zupełnie na tym nie cierpi, to być może jeszcze zyskuje, bo staje się dzięki poutykanym w środku niewiadomym bardziej angażująca.
Jak elitystycznie by to nie zabrzmiało, dla mniej doświadczonego czytelnika, “Łaźnia” może być wymagająca także pod względem graficznym. Ottoich, jak amelinium, tego nie pomalujesz – i z jednej strony bardzo dobrze, bo wyjątkowy styl to w końcu znak rozpoznawczy tego autora, ale z drugiej, w przypadku “Łaźni” pojawiające się wyżej ‘tego nie pomalujesz’ traktować możemy akurat dosłownie, jako że jest ona czarno-biała. I ten brak koloru potrafi chyba momentami czytelnika pogubić pośród charakterystycznej dla Ottoicha swobodnej plątaniny linii, w założeniu będącej, nie wiem, samolotem. Czy to dobrze? Nie wiem. Z jednej strony zabieg ten wspaniale wpisuje się w pokręcony, psychodeliczny charakter całej historii, z drugiej… no – rzadko, bo rzadko – potrafi pogubić, zwłaszcza w tych kadrach, w których kreseczek jest zatrzęsienie. Co by nie powiedzieć, na następujących po sobie stronach na pewno jest spójnie i ottoichowo na pełnej – a może nawet bardziej, niż na pełnej, bo zmiana konwencji opowieści na superhero-thriller-science-fiction pozwoliła autorowi-rysownikowi na jeszcze bardziej dynamiczną narrację obrazem, niż miało to miejsce do tej pory. Niektóre kadry i ich sekwencje są zatem naprawdę intensywne i sugestywne. Generalnie, jak ktoś lubi styl Ottoicha, to tu dostanie dwieście procent normy – ja lubię.
O samym wydaniu słów kilka – pierwszy tom “Łaźni” to dla Ottoicha timofowy debiut i trzeba przyznać, że oficyna Pawła Timofiejuka zadbała o wygląd tego komiksu. Całość to według strony Timof Comics dwieście szesnaście stron, chociaż przyjąłem tę informację z lekkim zdziwieniem, bo na pierwszy rzut oka ten tom wygląda jakoś grubiej – ok, nie mam powodu, żeby nie wierzyć (chociaż zerkam i zerkam, i wygląda mi ten tom grubiej…). Językowo, z Kasią Kamieniarz odpowiedzialną za redakcję i korektę, wszystko w należytym porządku. Dialogi brzmią naturalnie i są dopasowane do sytuacji. Jak już o dialogach, to wspomnę przy okazji o samych dymkach, w których wymiany zdań się pojawiają. Te wyglądają ciekawie, często są ‘kratkowane’ i sprawiają wrażenie, jakby były żywcem wyciągnięte z zeszytu, a rozmieszczenie tekstu w ich wnętrzu momentami wypada ciut randomowo – frazy czasami je wypełniają po brzegi, czasami zajmują jedynie środek. Całość balansuje na granicy czegoś, co jest formalnie interesujące i czegoś, co mogłoby nas razić – i jedno, i drugie na pewno dodaje planszom undergroundowego, niezalowego vibe’u. No i wszystko jest w tym albumie spójne – forma wydania, treść, wybory artystyczne Ottoicha.
Cieszy mnie niezmiernie, że Ottoich nie spuszcza z tonu i nadal ciśnie komiksy oryginalne, pokręcone, skłaniające do myślenia, a jednocześnie – zwłaszcza chyba w przypadku “Łaźni” – możliwe do odczytania przez kompletnego laika – z lepszym, lub gorszym skutkiem. Ottoich ciśnie przede wszystkim komiksy swoje. Z wielką niecierpliwością czekam na ciąg dalszy “Łaźni”, żeby sprawdzić, jak poradzi sobie z rozpętleniem wszystkich motywów, które nam w otwierającej ją części zaprezentował. Album na duży plus!
Komiks otrzymałem od Wydawcy, za co serdecznie dziękuję.
[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/D%C5%BCinn
Oraz:
Komiksomaniacy
Dziś na warsztat bierzemy ŁAŹNIĘ od Ottoichart (wyd. Timof Comics). Jak w oczach Matiego i Michała wypada najnowszy komiks jednego z najbardziej wyrazistych polskich twórców? Zapraszamy do lektury:
Mati: Oczekiwania przed lekturą ŁAŹNI miałem duże. Ottoich wielokrotnie udowadniał, że potrafi tworzyć dziwne, ale mega angażujące tytuły. W końcu ZARDZEWIAŁY TANKOWIEC to mój ulubiony zeszłoroczny polski komiks. Z kolei BAJKI WYSOKIEGO NAPIĘCIA to było jakże potrzebne odświeżenie komiksu autobiograficznego, dające poczucie czytania czegoś jedynego w swoim rodzaju. Nie mogłem podejść do jego najnowszej premiery inaczej jak z nadzieją, że i tym razem dostanę coś przynajmniej bardzo dobrego, z charakterystyczną dla autora wielowarstwowością. Mogę już zapewnić, że tak się stało. Do tego ŁAŹNIA zdaje się być idealną propozycją na pierwszy tytuł autora, jeżeli wcześniej nie miało się z jego twórczością do czynienia.
Początek jest powierzchownie bardzo prosty. Aleksander Grot ma ojca chorego na chorobę Alzheimera. Widzi w telewizji program z Markiem Losem i jego pacjentką – Martą Zarzycką, która została poddana rewolucyjnej terapii po zachorowaniu na tę samą chorobę. Łatwo się w tym odnaleźć i daje to czytelnikowi łatwość wejścia w tę lekturę. Jednak dość szybko to co pozornie jest takie proste, zaczyna nabierać głębi, a kolejne wątki coraz bardziej wciągają. Od zwykłej terapii, przechodzimy zaraz do chipów domózgowych, a z nich do kosmitów i niejasnych planów wobec Ziemi. A to tylko ta jedna ścieżka, bo ich jest więcej. Co jednak istotne, czytelnik nie powinien się w tym pogubić.
W opisie na tylnej okładce jest mowa o puzzlach, z których składa się ta opowieść. I to czuć na każdym kroku. Nie wiem na ile celnie je identyfikuje, ale spokojnie jestem tu w stanie znaleźć odniesienia do WOJNY ŚWIATÓW, niedawnego DNIA OBJAWIENIA czy teorii o pozaziemskim pochodzeniu ludzkości. A to tylko w tym kosmicznym aspekcie. Z kolei ten chip to spełnienie tych wszystkich obaw o kontrolowaniu ludzi poprzez implanty przez mniej lub bardziej zidentyfikowane mroczne siły. W ogóle vibe spiskowych twierdzeń towarzyszył mi przez całą lekturę, dodając tylko do poczucia coraz większej niepewności.
Podczas czytania miałem lekką obawę, że nie wiem, czy zakończy się to w odpowiednim miejscu. W końcu jest to dopiero pierwszy tom. Ale na szczęście Ottoich również w tym temacie nie zawiódł. Jestem w tę opowieść wciągnięty i chcę więcej, ale nie mam w ogóle poczucia urwania. Dobry pierwszy tom powinien zawierać część, która jest lub wydaje się zamknięta. I tak jest w tym wypadku. Wątek, którego centralną postacią jest Marta, na koniec wchodzi w zupełnie nowy etap, dając poczucie spełnienia tym co było do tej pory i nadzieje, że jeszcze dużo dobrego przed czytelnikiem.
Jakbym miał opisać ŁAŹNIĘ jakimś krótki wyrażeniem, to byłby to “Złoty środek”. Jest w tym komiksie masa charakterystycznej dla autora wielowątkowości i warstw, ale przy tym jest to zbalansowane na tyle, że nie powinno odrzucić osoby, która mogłaby się od takiego ZARDZEWIAŁEGO TANKOWCA odbić. Jest to też dobrze przemyślany wstęp do większej historii, na której kontynuację czekam z wypiekami. Dla fanów autora, teorii spiskowych czy kosmitów pozycja obowiązkowa. Dla pozostałych coś co na pewno warto sprawdzić, bo to zwyczajnie bardzo ciekawy i dobry komiks.
Michał: Księga pierwsza nowego komiksu Ottoicha ŁAŹNIA robi dokładnie to czego bym oczekiwał po starcie nowej serii, czyli zaostrza mój apetyt na więcej. Choć cytat na tyle okładki dotyczy hipotetycznej sytuacji, w której postawieni przed możliwością spełnienia jednego życzenia musimy przechytrzyć dżinna, nie omieszkającego sprawić, że jeszcze naszego wyboru pożałujemy, historia sama w sobie zdaje się być znacznie bardziej zainteresowana pytaniem kto pragnie abyśmy coś sobie życzyli i w jakim celu. ŁAŹNIA, choć nie pozbawiona dziwacznych i przerażających elementów, jest bowiem u podstaw thrillerem science fiction, łączącym motywy pierwszego kontaktu z korporacyjnymi spiskami, a nawet fikcją superbohaterską. Jest to zdecydowanie połączenie nietuzinkowe, ale jakże skuteczne.
Z pewnością nie jest to narracja aż tak ambitna i wieloznaczna, jak ZARDZEWIAŁY TANKOWIEC, a przynajmniej na etapie tego pierwszego tomu na taką nie wygląda. Wydaje się, że podejmowane w tym tytule motywy mogą być dla przeciętnego czytelnika znacznie bardziej strawne, niż egzystencjalno-gnostyckie rozważania z TANKOWCA. Całość jest więc zdecydowanie mniej abstrakcyjną i lżejszą w odbiorze. Próg wejścia jest przez to również znacznie niższy. Nie zmienia to jednak faktu, że pod kątem konstrukcji Ottoich nadal stawia na nielinearny, pełen niedopowiedzeń i retrospekcji sposób opowiadania. Jak możnaby się było spodziewać nie dostajemy tu więc całego obrazu sytuacji, historia pełna jest tajemnic i nawet jeśli z biegiem fabuły zaczynamy składać do kupy co właściwie się dzieje, to na wiele pytań odpowiedzi po prostu na tym etapie nie dostajemy. Najpewniej jakaś część z nich w ogóle nie doczeka się odpowiedzi. ŁAŹNIA pomimo swojego techno-thrillerowego anturażu nadal zaciąga bowiem spory dług w weird fiction. Choć jest tu zdecydowanie więcej akcji, nadzwyczajnych mocy i militarystycznej estetyki, wciąż wiele scen wzbudza niepokój właśnie dlatego, że opierają się one na czymś dziwnym i nie do końca zrozumiałym (przynajmniej na danym etapie, bo później wiele z nich ma swoje mniej lub bardziej enigmatyczne wyjaśnienie). Pod tym względem ŁAŹNIA to wciąż komiks grozy pełną gębą z silnym autorskim kierunkiem artystycznym dla którego czytamy twórczość Ottoicha.
Również wizualnie lekko odbiegamy od tego do czego przyzwyczaiły nas poprzednie albumy autora, choć efekt wywoływany za pomocą rysunków pozostaje zbliżony. Do tej pory komiksy Ottoicha, mimo że operowały estetyką brzydoty i groteski, wizualnie wydawały się nieco lżejsze, plansze zdawały się mieć więcej oddechu, a jaskrawe kolory wtórowały nieco bardziej psychodelicznemu kierunkowi. W ŁAŹNI styl autora przechodzi kolejną ewolucję: gęste nagromadzenie nawet chyba jeszcze bardziej niezbornych linii połączonych z ekstensywnym użyciem gradientu oraz czernią i bielą nadają całości jeszcze surowszego wyrazu, a zarazem sprawiają, że wszystko to wygląda jeszcze spójniej. Powiem więcej, moim zdaniem artystycznie ŁAŹNIA to najlepsze co do tej pory Ottoich narysował. Jak już wspomniałem narracyjnie również jest naprawdę świetnie, fabuła jest na równi angażująca, co nieoczywista, a atmosfera mieszająca dziwaczność z korpo-militaryzmem zdecydowanie robi tu połowę roboty. Nie pozostaje mi nic innego niż tylko cierpliwie wyczekiwać drugiego tomu, a wam wszystkim polecić lekturę ŁAŹNI. Jeśli znacie i lubicie Ottoicha to z pewnością się nie zawiedziecie. Jeśli jeszcze go nie poznaliście, myślę, że ten komiks idealnie nadaje się na pierwszy kontakt z tym autorem.
Dziękujemy wydawnictwu Timod Comics za egzemplarz do recenzji. Omawiany tytuł znajdziecie na stronie wydawcy.
