No i Bum prosto z FACEBOOK recenzja komiksu dokonana przez Wypisz, wymaluj – subiektywnie o komiksach!
Roy Batty, zbuntowany android z “Blade Runnera” Ridleya Scotta, “widzia[ł oczami Rutgera Hauera] rzeczy, którym [my], ludzie, nie dalibyś[my] wiary. Statki szturmowe w ogniu sunące nieopodal Pasu Oriona[, p]romieniowanie skrzące się w ciemnościach blisko wrót Tannehausera” (1). Ottoichart niczego z powyższych (raczej) nie doświadczył, co w żadnym przypadku nie znaczy, że jego wspomnienia, wystawione na widok publiczny w “Bajkach słupów wysokiego napięcia”, są mniej imponujące. “Bez jaj!” – żachniecie się. “Jak to?” – zapytacie. Ano normalnie – Ottoich pamięta na przykład bliskie spotkanie z doppelgangerem, udane podróże w czasie i kontakty z przybyszami z kosmosu. Serio. Poza swoim nieziemskim, niewiarygodnym charakterem, wspomnienia i androidów, i Ottoicha mają ze sobą jeszcze jeden wspólny mianownik – nie wiadomo, czy zapisane w nich zdarzenia w ogóle miały miejsce i czy ich bohaterowie brali w nich udział.
Ze wstępu mogliście się pewnie domyślić, że “Bajki słupów wysokiego napięcia” to komiks autobiograficzny, ale czego nie wiecie, to to, iż jest to komiks autobiograficzny z dużym twistem. Ottoich sam od razu zaznacza, że pokaże nam w nim rzeczy, które pamięta z dzieciństwa, ale nie wie, czy wydarzyły się naprawdę. Ciekawa to koncepcja, może ciut ryzykowna, ale trzeba przyznać, że sprawdza się wyśmienicie. Historyjki, które dostajemy, udanie balansują na granicy snu i jawy, a całości zdecydowanie bliżej do zakręconego weird fiction, niż prostego życiorysu. Ottoich umiejętnie miesza elementy fantastyczne z faktami, ale ich rozgraniczenie pozostawia czytelnikom, prezentując absolutnie wszystkie wydarzenia z przeświadczeniem, że opisuje ich rzeczywisty przebieg – fajna to łamigłówka, pozwalająca odbiorcom mnożyć potencjalne interpretacje w zasadzie w nieskończoność.
Historyjek w tym tomie jest dziewięć, i, trochę jak w przypadku antologii, są one zróżnicowane zarówno tematycznie, jak i – do pewnego stopnia – formalnie. Część z nich jest strasznie osobista, niektóre są bardziej, inne mniej realistyczne, są tu rozdziały ściślej lub luźniej ustrukturyzowane, są fragmenty smutne i poważne, ale są też takie, które są szczerze zabawne, bo, wiecie, dzieciaki mają różne pomysły, a i ich sposób postrzegania świata bywa śmieszny. Narracja przyjmuje momentami w “Bajkach słupów wysokiego napięcia” formę strumienia świadomości, ale jest to strumień świadomości kontrolowany i na żadnym etapie nie sposób się w nim pogubić. Mało tego, moim zdaniem to właśnie opowieści takie jak “Wysoka dziwność”, czyli fabularnie i konstrukcyjnie najbardziej swobodne partie komiksu Ottoicha, są jego najlepszą częścią. W przypadku “Wysokiej dziwności”, będącej zresztą moją ulubioną miniaturką z tego zbioru, nie dość, że sama jej fabuła jest fascynująca, to i forma przedstawienia tejże, ze spontanicznymi wstawkami z pozornie niepowiązanych ze sobą wspomnień, naprawdę robi wrażenie.
Rysunkowo, “Bajki słupów wysokiego napięcia” nie odbiegają od pozostałych komiksów Ottoicha. Jest groteskowo, ekspresyjnie koślawo i przede wszystkim dziwnie, ale to dobrze, bo podbija to tylko niezwykłą atmosferę kolejnych opowiastek. Chociaż na pierwszy rzut oka kreska Ottoicha wydawać się może chaotyczna, to jego sposób narracji obrazem na pewno nie jest nieczytelny. Ja jestem fanem, zwłaszcza, że autor “Zardzewiałego tankowca” zdaje się świadomie dobierać tematykę swoich komiksów tak, by ta komponowała się ze stylem jego ilustracji. Jak już o warstwie graficznej, to napiszę Wam przy okazji, że w “Bajkach słupów wysokiego napięcia” zakochałem się bez pamięci (pun intended) w dwóch następujących po sobie planszach z “Wysokiej dziwności”, prezentujących, raz, umierającą osobę, dwa, nowonarodzone dziecko. Fantastyczny pomysł, choć prosty, i fantastyczna kompozycja. Fajnych kadrów i zabiegów jest tu oczywiście dużo więcej, choćby scena nurkowania w jeziorze, panele oddające samotność, albo zabawy z perspektywą w ‘sekwencji piwnicznej’, ale te dwie plansze absolutnie dla mnie rządzą. Warto dodać, że część ilustracji do tego albumiku wykonała Asia Wardzyńska. Przez swoją odmienność wyraźnie oddzielają one poszczególne części wspomnieniowe, sugerując zmianę punktu widzenia, ale czy tak naprawdę są do tego niezbędne, to zostawiam już Wam do oceny – mnie odrobinę wytrącały z immersji, ale może to kwestia przyzwyczajenia. “Bajki słupów wysokiego napięcia” to komiks czarno-biały.
Jeszcze dwie kwestie – pierwsza to język. Najnowszy komiks Ottoicha brzmi dobrze i czyta się go płynnie. Chociaż początkowo miałem poczucie, że parę rzeczy możnaby słownikowo czy składniowo upiększyć lub wygładzić, to szybko zdałem sobie sprawę, że przy obecnej tu pierwszoosobowej narracji, te wszystkie kolokwializmy i uproszczenia językowe mają sens. Nie wiem, czy było to celowe – zakładam, że nie, ale zakładać, to mogę sobie co najwyżej skarpetki – ale wyszło. I po drugie, “Bajki słupów wysokiego napięcia” to dla mnie nie pierwszyzna, jeżeli chodzi o komiksy Ottoicha, i wiedząc, jak bardzo ich autor lubi się pobawić różnego rodzaju teoriami naukowymi, koncepcjami filozoficznymi i wierzeniami, w tym tomie również węszyłem podstęp. To się do lektury przygotowałem! Naczytałem się o pamięci, ogarnąłem jakieś teksty o false memory, o efekcie Streisand, o efekcie Mandeli, rzuciłem okiem na badania Elizabeth Loftus, cholibka, przypomniałem sobie nawet polską wersję piosenki “Memory” z musicalu “Koty” – i choć mógłbym Wam teraz napisać, że zostałem z tym wszystkim, jak Himilsbach z angielskim, to powiem raczej, że twórczość Ottoicha cenię między innymi właśnie za to, że motywuje mnie do grzebania, skłania do myślenia i zostawia z czymś. “Bajki słupów wysokiego napięcia” są tego doskonałym przykładem, zwłaszcza, że, trochę mimo wszystko w odróżnieniu od większości pozostałych dzieł Ottoicha, działają także na bardziej intymnym, indywidualnym poziomie. I mimo, że są to przecież wspomnienia autora, mimo, że potrafią dotyczyć rysowania komiksów, okultyzmu czy zbierania ultralekkich kamieni, to w trakcie lektury czułem, że wiele z nich jest mi dziwnie bliska.
Komiks w wersji elektronicznej otrzymałem od autora, za co serdecznie dziękuję.
