Bajki Słupów Wysokiego Napięcia rzeczy, które pamiętam, ale nie wiem czy się wydarzyły
Komiks autobiograficzny o dzieciństwie, które mogło się wydarzyć — albo nie. Kuzyn-komandos planujący podbój wyspy, organizacja naukowo-badawcza SUB (Stowarzyszenie Umarłych Brzydali), właz do UFO ukryty w krzakach za blokami, próba kontaktu z kosmitami przez połączone anteny i mała książeczka magiczna zamówiona z ogłoszenia w „Nowej Fantastyce”.
114 stron czarno-białych wspomnień z lat 90., oprawionych w kolor na okładce. Rysunki gościnnie dorysowała Asia Wardzyńska (cozazycko).
To zin o tym, jak dziecięca pamięć miesza fakty z wyobraźnią — i o tym, że może nie ma to znaczenia. O przeprowadzkach, które zabierały wszystko. O komiksach wyrzuconych na śmietnik. O słupach wysokiego napięcia, które opowiadały bajki, jeśli przyłożyło się do nich ucho.




Komiks ma kilka rozdziałów:
No Rambo, SUB, Przerwa naukowa, Wysoka dziwność, Bardzo wysoka dziwność, Przerwa naukowa: kontakt, Okultyzm, Dodatki naukowe: podróże w czasie, Elektroforeza wody, Zakończenie
I pierwszy z nich możecie tutaj sobie ściągnąć w formie PDF:
Recenzje:
Wypisz, wymaluj – subiektywnie o komiksach
Roy Batty, zbuntowany android z “Blade Runnera” Ridleya Scotta, “widzia[ł oczami Rutgera Hauera] rzeczy, którym [my], ludzie, nie dalibyś[my] wiary. Statki szturmowe w ogniu sunące nieopodal Pasu Oriona[, p]romieniowanie skrzące się w ciemnościach blisko wrót Tannehausera” (1). Ottoichart niczego z powyższych (raczej) nie doświadczył, co w żadnym przypadku nie znaczy, że jego wspomnienia, wystawione na widok publiczny w “Bajkach słupów wysokiego napięcia”, są mniej imponujące. “Bez jaj!” – żachniecie się. “Jak to?” – zapytacie. Ano normalnie – Ottoich pamięta na przykład bliskie spotkanie z doppelgangerem, udane podróże w czasie i kontakty z przybyszami z kosmosu. Serio. Poza swoim nieziemskim, niewiarygodnym charakterem, wspomnienia i androidów, i Ottoicha mają ze sobą jeszcze jeden wspólny mianownik – nie wiadomo, czy zapisane w nich zdarzenia w ogóle miały miejsce i czy ich bohaterowie brali w nich udział.
Ze wstępu mogliście się pewnie domyślić, że “Bajki słupów wysokiego napięcia” to komiks autobiograficzny, ale czego nie wiecie, to to, iż jest to komiks autobiograficzny z dużym twistem. Ottoich sam od razu zaznacza, że pokaże nam w nim rzeczy, które pamięta z dzieciństwa, ale nie wie, czy wydarzyły się naprawdę. Ciekawa to koncepcja, może ciut ryzykowna, ale trzeba przyznać, że sprawdza się wyśmienicie. Historyjki, które dostajemy, udanie balansują na granicy snu i jawy, a całości zdecydowanie bliżej do zakręconego weird fiction, niż prostego życiorysu. Ottoich umiejętnie miesza elementy fantastyczne z faktami, ale ich rozgraniczenie pozostawia czytelnikom, prezentując absolutnie wszystkie wydarzenia z przeświadczeniem, że opisuje ich rzeczywisty przebieg – fajna to łamigłówka, pozwalająca odbiorcom mnożyć potencjalne interpretacje w zasadzie w nieskończoność.
Historyjek w tym tomie jest dziewięć, i, trochę jak w przypadku antologii, są one zróżnicowane zarówno tematycznie, jak i – do pewnego stopnia – formalnie. Część z nich jest strasznie osobista, niektóre są bardziej, inne mniej realistyczne, są tu rozdziały ściślej lub luźniej ustrukturyzowane, są fragmenty smutne i poważne, ale są też takie, które są szczerze zabawne, bo, wiecie, dzieciaki mają różne pomysły, a i ich sposób postrzegania świata bywa śmieszny. Narracja przyjmuje momentami w “Bajkach słupów wysokiego napięcia” formę strumienia świadomości, ale jest to strumień świadomości kontrolowany i na żadnym etapie nie sposób się w nim pogubić. Mało tego, moim zdaniem to właśnie opowieści takie jak “Wysoka dziwność”, czyli fabularnie i konstrukcyjnie najbardziej swobodne partie komiksu Ottoicha, są jego najlepszą częścią. W przypadku “Wysokiej dziwności”, będącej zresztą moją ulubioną miniaturką z tego zbioru, nie dość, że sama jej fabuła jest fascynująca, to i forma przedstawienia tejże, ze spontanicznymi wstawkami z pozornie niepowiązanych ze sobą wspomnień, naprawdę robi wrażenie.
Rysunkowo, “Bajki słupów wysokiego napięcia” nie odbiegają od pozostałych komiksów Ottoicha. Jest groteskowo, ekspresyjnie koślawo i przede wszystkim dziwnie, ale to dobrze, bo podbija to tylko niezwykłą atmosferę kolejnych opowiastek. Chociaż na pierwszy rzut oka kreska Ottoicha wydawać się może chaotyczna, to jego sposób narracji obrazem na pewno nie jest nieczytelny. Ja jestem fanem, zwłaszcza, że autor “Zardzewiałego tankowca” zdaje się świadomie dobierać tematykę swoich komiksów tak, by ta komponowała się ze stylem jego ilustracji. Jak już o warstwie graficznej, to napiszę Wam przy okazji, że w “Bajkach słupów wysokiego napięcia” zakochałem się bez pamięci (pun intended) w dwóch następujących po sobie planszach z “Wysokiej dziwności”, prezentujących, raz, umierającą osobę, dwa, nowonarodzone dziecko. Fantastyczny pomysł, choć prosty, i fantastyczna kompozycja. Fajnych kadrów i zabiegów jest tu oczywiście dużo więcej, choćby scena nurkowania w jeziorze, panele oddające samotność, albo zabawy z perspektywą w ‘sekwencji piwnicznej’, ale te dwie plansze absolutnie dla mnie rządzą. Warto dodać, że część ilustracji do tego albumiku wykonała Asia Wardzyńska. Przez swoją odmienność wyraźnie oddzielają one poszczególne części wspomnieniowe, sugerując zmianę punktu widzenia, ale czy tak naprawdę są do tego niezbędne, to zostawiam już Wam do oceny – mnie odrobinę wytrącały z immersji, ale może to kwestia przyzwyczajenia. “Bajki słupów wysokiego napięcia” to komiks czarno-biały.
Jeszcze dwie kwestie – pierwsza to język. Najnowszy komiks Ottoicha brzmi dobrze i czyta się go płynnie. Chociaż początkowo miałem poczucie, że parę rzeczy możnaby słownikowo czy składniowo upiększyć lub wygładzić, to szybko zdałem sobie sprawę, że przy obecnej tu pierwszoosobowej narracji, te wszystkie kolokwializmy i uproszczenia językowe mają sens. Nie wiem, czy było to celowe – zakładam, że nie, ale zakładać, to mogę sobie co najwyżej skarpetki – ale wyszło. I po drugie, “Bajki słupów wysokiego napięcia” to dla mnie nie pierwszyzna, jeżeli chodzi o komiksy Ottoicha, i wiedząc, jak bardzo ich autor lubi się pobawić różnego rodzaju teoriami naukowymi, koncepcjami filozoficznymi i wierzeniami, w tym tomie również węszyłem podstęp. To się do lektury przygotowałem! Naczytałem się o pamięci, ogarnąłem jakieś teksty o false memory, o efekcie Streisand, o efekcie Mandeli, rzuciłem okiem na badania Elizabeth Loftus, cholibka, przypomniałem sobie nawet polską wersję piosenki “Memory” z musicalu “Koty” – i choć mógłbym Wam teraz napisać, że zostałem z tym wszystkim, jak Himilsbach z angielskim, to powiem raczej, że twórczość Ottoicha cenię między innymi właśnie za to, że motywuje mnie do grzebania, skłania do myślenia i zostawia z czymś. “Bajki słupów wysokiego napięcia” są tego doskonałym przykładem, zwłaszcza, że, trochę mimo wszystko w odróżnieniu od większości pozostałych dzieł Ottoicha, działają także na bardziej intymnym, indywidualnym poziomie. I mimo, że są to przecież wspomnienia autora, mimo, że potrafią dotyczyć rysowania komiksów, okultyzmu czy zbierania ultralekkich kamieni, to w trakcie lektury czułem, że wiele z nich jest mi dziwnie bliska.
Komiks w wersji elektronicznej otrzymałem od autora, za co serdecznie dziękuję.
(1) https://pl.wikiquote.org/wiki/%C5%81owca_android%C3%B3w
Już zaraz, na Poznańskim Festiwalu Sztuki Komiksowej będziecie mogli nabyć „Bajki słupów wysokiego napięcia” od Ottoichart, z gościnnym udziałem Cozazycie . My, dzięki uprzejmości autora, mogliśmy przeczytać je już teraz. Zapraszamy do lektury naszych wrażeń, żeby się dowiedzieć dlaczego warto przeczytać tę autobiografię.
Michał: Mało jest rzeczy w polskim komiksowie, na które czekam bardziej niż na nowe komiksy Ottoicha. Co prawda BAJKI SŁUPÓW WYSOKIEGO NAPIĘCIA to projekt poboczny, a nie główne danie jakie szykuje nam autor na ten rok (czyli ŁAŹNIA), ale nie zmienia to faktu, że odkąd tylko Ottoich opublikował na swoich socialach informację o nowości z premierą na Poznańskim Festiwalu Sztuki Komiksowej, to natychmiast się nią podjarałem. (Dlatego tym bardziej dziękujemy autorowi za możliwość przeczytania tego komiksu przedpremierowo! Dużo to dla nas znaczy!) Czym więc są BAJKI? Eksperymentalnym komiksem autobiograficznym? Zbiorem mglistych reminiscencji podlanych popkulturą okresu transformacji i niecodziennymi zainteresowaniami autora? Skrzętnie poskładaną z prawdziwych i mniej prawdziwych wydarzeń autofikcją? Tym wszystkim razem i jeszcze czymś pomiędzy? Z pewnością nie jest łatwo temu komiksowi przypisać tylko jednej łatki. Tym czym jest napewno to szalenie ciekawą lekturą, która jest momentami zabawna, w innych momentach dziwaczna, a w jeszcze innych zupełnie poważna, ale pozostająca przez cały ten czas absolutnie szczera.
Podzielę się moim doświadczeniem czytelniczym, które mam nadzieje dobrze zobrazuje to czym ten komiks jest i co robi z czytelnikiem. Pierwsza historia w zbiorze nosi tytuł “No Rambo” i dotyczy umięśnionego, twardego kuzyna autora, który zachłyśnięty wpojonym przez popkulturę militaryzmem zdecydował się zaciągnąć do woja i uczestniczyć w pierwszej wojnie w Iraku z 1991 roku. Widząc tą informację i mając tą datę w głowie natychmiast zacząłem rozkminiać timeline życia autora (w końcu nie mam pojęcia ile lat ma Ottoich, wiem tylko, że lata jego dzieciństwa przypadają na 90sy) i na ile jest to w ogóle możliwe (w końcu polscy żołnierze w Pustynnej Burzy nie uczestniczyli bezpośrednio, byli to głównie marynarze i personel medyczny; no i GROMowcy, którzy wykonali wtedy jedną operację we współpracy z amerykańskimi służbami specjalnymi – i tak oto proszę państwa w końcu na coś przydały mi się pozostałości po zainteresowaniu historią militarną w gimnazjum). W skrócie, moim pierwszym instynktem było zestawienie komiksu z moją wiedzą historyczną, a więc sprawdzenie czy to co czytam faktycznie jest autobiografią (w domyśle, tekstem opowiadającym o tym co się faktycznie wydarzyło), czy jedynie (lub aż) (auto)fikcją. Ale wtedy przypomniałem sobie o podtytule BAJEK, a mianowicie “Rzeczy, które pamiętam, ale nie wiem czy się wydarzyły”. Mój początkowy błąd polegał na tym, że do tego komiksu podeszłem jak do zwyczajnego memoir/autobiografii w duchu reportażowym, nie biorąc pod uwagę, że autor w ogóle tego tak nie traktuje. Oczywiście w każdym przedsięwzięciu autobiograficznym istotna jest rola pamięci i tego na ile jest ona jedynie niepełną projekcją rzeczywistości, którą się przeżyło, zamiast nieomylnej i w pełni wiarygodnej formy narracji jaką tworzymy o sobie samych. Lecz w BAJKACH nie jest to jedynie wspomnianym na marginesie, tematycznym podszyciem tego zbioru. To w zasadzie punkt wyjścia, pełnoprawna praktyka artystyczna i przybrane przez autora podejście do opisania fragmentów swojego życia, które najwyraźniej wydało mu się najbardziej adekwatne. Sprawą drugorzędną jest to na jakiej faktycznie wojnie lub czy w ogóle na jakiejkolwiek, był kuzyn autora (nie żebym wątpił!), liczy się to konkretne wspomnienie, to jak odnosi się ono do tamtego momentu w jego życiu i z jakimi innymi wspomnieniami jest powiązane.
Najbardziej dosłowną realizacją tego modelu opowiadania przy pomocy wspomnień są wszelkie ‘dziwaczne’ momenty, próby opisania tych wspomnień, które z perspektywy czasu wydają się wręcz nieprawdopodobne, a jednak tkwią w umyśle autor na tyle mocno, że postanowił się nimi z nami podzielić. Domniemane nawiedzenia, koszmary przeplatające się z jawą, paraliże senne, które nimi się nie wydają, czyli wszystko to co z pozycji współczesnej kultury albo sprowadzane jest do zjawisk czysto psychologicznych, albo, na jej schizo-konspiracyjnych marginesach, wręcz deifikowane, wywyższane do prawdy objawionej (która za każdym razem przyjmuje formę taniego horrorowego lub sci-fi’owego tropu pokroju duchów, czy ufo). Tego typu ‘dziwaczne’ momenty jakie przydarzyć się mogą każdemu, nie muszą być jednak tylko i włącznie albo jednym, albo drugim, ani nawet czymś pomiędzy. W tej właśnie niemożności ich określenia tkwi zarówno ich siła z jaką oddziałują na ludzki umysł, jak i ich immanentna dziwaczność. W tym rozumieniu niekoniecznie muszą one być czymś negatywnym, nawet jeśli były źródłem strachu. Przede wszystkim są momentami dysruptywnymi, tymi które wybijają nas z zastanych schematów myślenia i postrzegania, zmuszają do spojrzenia na świat inaczej niż na co dzień. Nie wiem, czy Ottoich tak je właśnie postrzega, ale biorąc pod uwagę zainteresowanie w jego twórczości właśnie tym co dziwaczne, z pewnością widoczne jest, że jest to kategoria niezwykle istotna. Nie wiem czy mogę pójść z tym aż tak daleko, ale mam wrażenie, że afirmacja tego co ‘dziwaczne’ jest w zasadzie filozoficzną podstawą tworzonej przez niego sztuki (jeśli w ogóle nie światopoglądu, ale nie znam człowieka, więc aż tak daleko idących wniosków nie będę wysuwał). Osobiście właśnie za to najbardziej cenię Ottoicha jako twórcę i chyba dlatego wszystko co do tej pory od niego czytałem tak ze mną rezonuje.
Nie inaczej jest z BAJKAMI SŁUPÓW WYSOKIEGO NAPIĘCIA. Skupiłem się tutaj właściwie tylko na jednym aspekcie tego komiksu, ale mimo swojej stosunkowo niewielkiej objętości jak na pełnoprawny album, jest tutaj dużo więcej rzeczy o których można by napisać. Chociażby absurdalny humor, którym wszystkie te historie są wypełnione. Albo jak fragmentaryczność i opisana wyżej dziwaczność sprzeniewierza się pustej nostalgii, celując w znacznie bardziej skomplikowaną emocjonalnie melancholię. To co jednak przede wszystkim powinniście z tego mojego długiego wywodu wyciągnąć, to że jeśli tak jak ja uwielbiacie ZARDZEWIAŁEGO TANKOWCA, to koniecznie kupcie BAJKI SŁUPÓW WYSOKIEGO NAPIĘCIA, czy to w Poznaniu, czy gdziekolwiek indziej gdzie się będzie dało. To z pewnością coś znacznie lżejszego, a zarazem chyba nawet bardziej przez to szczerego, niż TANKOWIEC, ale jeśli przypasowała wam atmosfera twórczości Ottoicha to tutaj jej nie brakuje. Wręcz powiedziałbym, że jest tu pełnia Ottoicha w Ottoichu, co w przypadku komiksu autobiograficznego jest zdecydowanie pożądane.
Mati: Komiksiarsko są we mnie dwa wilki. Jeden chce czytać rzeczy dziwne, momentami przekombinowane, pełne odjechanych konceptów. Stąd taka duża miłość do twórczości Morrisona. Drugi wilk natomiast najbardziej lubi te ludzkie, przyziemne i osobiste historie. Do tej pory, moje zetknięcia się z twórczością Ottoicha karmiły raczej tego. Najlepszym przykładem jest mój ulubiony polski komiks zeszłego roku – “Zardzewiały Tankowiec”. Tym jednak razem, autor postanowił nakarmić też drugiego, tworząc autobiograficzne “Bajki słupów wysokiego napięcia”.
“Bajki słupów wysokiego napięcia” to nie jest tylko kolejna autobiografia Ii wyróżnia się na tle innych rzeczy z gatunku. Fakt, że Ottoich to Ottoich wynika, że nie do końca można wierzyć, że wszystko co się w tym komiksie dzieje to prawda. Z resztą jak ktoś słusznie zwrócił uwagę, już sam tytuł zawiera lekkie pomyłkę. Takimi słupami jest przesyłany prąd, który trafia już do naszych gniazdek czy gniazd siłowych. I z podobnym sceptycyzmem warto podejść do każdego przedstawionego w tym albumie wydarzenia. Nie są one najpewniej do końca prawdziwe. Ale w pełni wierzę w to, że bohater tych historii wierzy, że się tak wydarzyły i tak je zapamiętał.
No właśnie, tych historii. Bo jest ich tu kilka. Ottoich dostarczył nam antologię, powiązanych doświadczeniami, ale w gruncie rzeczy mocno samodzielnych relacji. To naszym zadaniem jest jakoś ułożenie sobie tego w jakąś całość. Albo i nie, bo siłą każdej opowieści jest to, że można je czytać kompletnie osobno, ale razem dają nam obraz tego, dlaczego twórczość autora jest tak specyficzna. W tym dobrym oczywiście znaczeniu.
W ogóle lektura tego komiksu zmusiła mnie do paru przemyśleń. Jednych bardziej osobistych, a innych mniej. Zacząłem się zastanawiać czy ja dobrze pamiętam swoje dzieciństwo. Ogólny obraz mam raczej spójny i niezmienny od lat, ale konkretne wydarzenia, emocje wtedy odczuwane są najpewniej w jakimś stopniu przekłamane. Każdy z nas na pewno pamięta te same wydarzenie trochę inaczej od współuczestników tego momentu. Wielokrotnie się o tym przekonałem. A z innych przemyśleń, to przypominały mi się podczas lektury spotkanie z Ottoichem z zeszłoroczengo K jak komiks i lektura “Zardzewiałego tankowca”. I rzeczywiście, “Bajki słupów wysokiego napięcia”, wydają się dobrym origin story, bo widać jak kształtuje się nasz autor. A przynajmniej obraz tego jak ja o postrzegam.
Jak zawsze w przypadku tego twórcy, dużo zależy czy podejdą czytelnikowi rysunki. One zawsze mi świetnie współgrają z tematyką komiksów Ottoicha. I nie inaczej jest tym razem. Zwłaszcza, że za część z nich odpowiada Cozazycie, której prace podkreślają, że choć część wydarzeń się być może nie wydarzyła, tak jest tam nie jedno ziarno prawdy.
Moim skromnym zdaniem, z uwagi na przystępność i lekkość to “Bajki słupów wysokiego napięcia” mogą być świetnym punktem wejścia w twórczość autora. Są tu obecne tematy, które porusza on szerzej w swoich innych dziełach, ale z uwagi na przyziemny i autobiograficzny charakter komiksu, są one przytemperowane. Mnie się na pewno podoboło. Te oba wilki zostały nakarmione.
Komiks w wersji cyfrowej otrzymaliśmy od autora, za co bardzo dziękujemy! ![]()
Grafiki wykorzystane do recenzji pochodzą z komiksu
Death To The Zines
https://deathtothezins.blogspot.com/2026/04/bajki-supow-wysokiego-napiecia.html
